Akademickie Radio "Pomorze"


  STRONA GŁÓWNA     LUDZIE (231)     TEKSTY (6)     DŹWIĘKI (12)     ZDJĘCIA (532)     DOKUMENTY (54)  

Jest taki dzień

U nas zawsze wigilia była wigilią. Była prawdziwa choina z prawdziwymi świeczkami. Nie było szklanego czuba tylko Aniołek, który u mojej Mamy jest do dziś. Ale i czub jest bo choinka musi być bogato ubrana. Poniżej Aniołka (to on przynosił wszystkie prezenty), na takich pojedynczych, długich pędach wieszaliśmy cztery dzwonki. W połowie wysokości 4 wielkie bombki (nikt w rodzinie takich nie miał). Mieliśmy i mamy do tych pór - sznur malutkich bombek mojej Babci Stanisławy i też jej, z dzieciństwa – srebrną sowę, na jednej sprężynowej nodze, z ogonem z prawdziwych piór jastrzębia.

Mimo, że ktoś kiedyś o mało nie udławił się karpiową ością, to samą kolację oświetlały tylko świeczki. I nikt tego nie chciał zmieniać. Bardzo mi się to podobało. Babcia Stanisława opowiadała o tym, jak to u nich w domu na choince wisiały jabłka, cebule, buraki ćwikłowe i ozdoby ze słomy. Przy drzewku stał mały snopek owsa. Drzewka były u nas świerkowe ale zdarzył się taki rok, że nie było świerka tylko sosenka.

Dziadek Henryk przygotowywał od kilku dni nalewkę z wiśni i palił w chlebowym piecu żeby upiec ciasto. W tym celu drewno było cięte w długie, półmetrowe polana Wielkie szklane lejki, karafki, wata, wyjałowiona i wypłukana gaza i mnóstwo „zmacerowanych” wiśni, których jeść nie mogłem. Kiedyś dostały to kury i gołąb dziadka Stelmaszczyka, które się upiły, a gołąb robił takie rzeczy, że wstyd było wszystkim porządnym ptakom. Nalewka była rubinowa, wspaniała, wlewał ją do kieliszka na stopce i oglądał pod światło; po wiśnie dziadek Henryk wchodził na sam czubek drzew i podawał mi owoce w puszce po mleku z UNR-y, którym byłem karmiony dziecięciem będąc. Aby spróbować tej nalewki, przed Pasterką, przychodzili do nas wujowie: Edek, co to miał wspaniałe konie i przywoził pachnące siano dla królików; podszedłem kiedyś do jego źrebaka od tyłu co wywołało prawie atak serca u wuja Edka; wuj Jurek, specjalista od polityki przychodził żeby posłuchać co tam w wolnej Europie mówią. I na nalewkę podobnie jak Tadeusz, choć spokojny, urodziły mu się pierwsze bliźniaki w naszej rodzinie.

Radio „Pionier” było zakamuflowane małym obrusikiem, żeby nikt nie widział, a w dzień słuchaliśmy „kołchoźnika” w bakelitowej obudowie. Przez kilka lat z rzędu, właśnie 24 grudnia, w Wigilię, dla dzieci było słuchowisko o Adamie Mickiewiczu. Rolę ojca Adama grał Mieczysław Milecki. Słuchałem i próbowałem znaleźć prezenty. Starsi byli jednak sprytniejsi.

Wszyscy byli szczęśliwi, że mnie nie ma w kuchni, a trzeba było ciasto zagniatać na pierogi, kroić sałatkę i ją ozdabiać. W tym celu zrywano świeże delikatne listki z cytrynowych krzewów, które hodował dziadek Henryk. Pamiętam też, że nie było majonezu i nikt ani go nie robił ani nie kupował. Sos Mama z Babcią Stanisławą robiły z gotowanych na twardo żółtek, śmietany, oleju i dodawano musztardę. Rodzinę cechował gastronomiczny konserwatyzm, a moja skłonność do eksperymentów kulinarnych bierze się chyba z tamtej dziecięcej przekory.

Co było przygotowywane... Karp w panierce i jajku smażony na maśle i dochodzący na brzegu blachy. Karp lub szczupak w galarecie, w której siedziały marynowane prośnianki (zielonki inaczej) i śliwki. Ryby były robione rano czy też w południe i zawsze była ta niepewność, że galareta się nie zsiądzie. Były też pierogi z kapustą i grzybami. Kapusta swoja, grzybów dużo, duszona na lnianym, nie czyszczonym oleju. Do tej pory Mama gdzieś ten olej zdobywa i pierogi mają taki właśnie oryginalny, lekko gorzkawy, migdałowy zapach i smak.

Pierogom towarzyszył czerwony barszczyk. I do dziś towarzyszy. Moja żona zbliża się do tego smaku i koloru i wiem, że dojdzie jak to się dzieje, że to wszystko ma smak, aromat, kolor i tak dalej... Kiedyś robienie takiego właśnie barszczu poza Wigilią, na jakiś zwykły obiad, uważałem za profanację. Podobnie jak rybę w galarecie. A przecież to takie smaczne i zdrowe danie, które bardzo łatwo przygotować. Był też chrzan własnej roboty, tarty przy otwartym oknie, kopany na jesieni w ogrodzie lub gdzieś na polach. Na Mazowszu nie było i nie ma problemu z chrzanem. A tu na Pomorzu jest. Kiedyś chcieliśmy z Ludwikiem Kurkiem zakisić ogórki w Ińsku, festiwale trwały po trzy tygodnie, panie kolego, i znaleźliśmy chrzan po wielu, wielu poszukiwaniach. Chrzan był podawany zwykły i ze śmietaną, kwaśną. Najlepiej do tego chrzanu nadawał się taki kożuch co tworzył się na powierzchni śmietany kupionej na rynku. Nie podawano nigdy masła do smarowania chleba, i mnie ono nigdy nie jest potrzebne. Śledziki w oleju, z cebulką, marynowane, z krążkami cebuli, z zielem angielskim, pieprzem i liśćmi bobkowymi. Robione z prawdziwych śledzi, takich z łbami, resztkami łusek i grubą solą, wyciąganych drewnianymi szczypcami z drewnianych, świerkowych beczek.

O ile pamiętam, to nie robiono ani kutii, ani zupy rybnej. Ani klusek z makiem. Mimo, że rodzina Babci - Pęzińscy, pochodziła z Litwy i trafiła do Ostrowi Mazowieckiej po powstaniu styczniowym. W pierwszy dzień świąt, rodzinny, robiono kugiel. Ale to już zupełnie nie wigilijna potrawa z ziemniaków, żeberek, cebuli, pieprzu i boczku. I kugiel (ja zmiękczam jak wszyscy z Mazowsza) pochodził ze wschodu.

Kiedy spróbowaliśmy wszystkiego... Zanim opowiem o tym, słowo o nieszczęściu Naszych Wspaniałych Gospodyń, które towarzyszyło większości wigilijnych kolacji. Kiedy wszyscy się uczesali, zdjęto fartuchy, dziadek Henryk brał do ręki talerzyk z opłatkiem, był tam opłatek z Anglii, od Cioci Basi, i wtedy, kiedy ślina wolno kapała na śnieżnobiały, wykrochmalony, adamaszkowy obrus, wtedy właśnie padało sakramentalne: Matko Boska nie dałam chleba...wcześniej trzeba było pójść z samego rana, 6.00 do Lewandowskiego lub Napiórkowskiego po wielkie, okrągłe, gorące bochny chleba, Jak nie starczyło z pierwszego wypieku trzeba było czekać na drugi. Ludzi było dużo, chętnie czekali, bo nie trzeba było nic robić w domu. Wykładane na heblowane deski bochenki, dudniące, podsypywane otrębami, z naklejką piekarni na wierzchu... i żarty – żebyś Napiórkowskiego nie zjadł. .Chleb pachnący chlebem.

Po kolacji, a jeden taki wieczór pamiętam jak dziś, na ulicy Kościuszki leżał ubity śnieg, lampa przed naszym domem podświetlała lekko prószący śnieg, dzieci z rodzicami jeździły na łyżwach. A mnie mama woziła na sankach z wiklinowym koszem. Sanki chyba przetrwały i służą do wożenia węgla ale po koszu nie ma ani śladu.

Prezenty. Było tak, że były nieśmiertelne rękawiczki, skarpety, woda „Chypre”, koszule, szaliki ale był taki rok, że dostałem „Małego elektryka” produkcji niemieckiej. A w innym roku „Małego stolarza”. Były też łyżwy przyczepiane do butów. Czasem obcas potrafił odpaść. Były kluczyki ze specjalnym dziobkiem do wydłubywania śniegu z dziurki w obcasie, do której wchodził „grzybek” od łyżwy i po przekręceniu mocował do buta. Jeszcze należało przykręcić łyżwę do podeszwy (tym samym kluczykiem, co się cały czas gubił) i na lód. Bywało i tak, że dzieci ślizgały się na jednej łyżwie. „Elektryk” był jednak najważniejszy, najnowocześniejszy.

Po prezentach była herbata z czajniczka co stał w kafelku i ciasta. Nie ma takich ciast... sernik wilgotny i żółty od prawdziwych jaj, co pochodzą od prawdziwych kur i widziały prawdziwe koguty. Makowiec ze stosowną ilością maku i bakalii. Placek drożdżowy i nieprawdopodobny piernik. Kiedyś schowaliśmy taki piernik około Nowego Roku w kredensie żeby dzieci wszystkiego na jeden raz nie zjadły. I odkryliśmy około Wielkiej Nocy. Był suchy ale nie był twardy. Wspaniały i pełen tych wszystkich Mamowych zapachów.

I byłbym zapomniał jak chleba... kompot z suszu. Śliwki, jabłka i gruszki. Koniecznie gruszki.

A na drugi dzień w Święta... wizyty, wyjazdy na wesela, chrzciny i obżarstwo straszliwe. Obraza boska. U innych oczywiście smakowało inaczej. Ale pasztety Mamy i Babci, karp smażony na maśle (właściwie na masełku), barszczyk – nie miały sobie równych.

Kiedy wracaliśmy do domu, padało sakramentalne – wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej; i retoryczne zapytanie Mamy – a może odgrzeję kilka pierożków....

Na masełku, zarumienione....witaj Europo...zapraszamy na pierożki.

Data utworzenia:21.12.2003
Data publikacji:22.12.2003
Osoby:Wojciech "Baca" Hawryszuk (autor)

  Opinie:

piekne!!! i bez komentarza, boi po co??
2004-12-12 11:47:30, ania "hamburger" patanè

Dodaj


Imię lub pseudonim: Email (opcjonalnie):
Stronę tworzy Adam Bortnik (w ARP w latach 1987-93)